_BLOG perdevita - e-blogi.pl
_Blog perdevita
Rozwiązanie konkursu 2019-09-13

"Słyszę głosy w mojej głowie, nigdy nie czułem się tak dziwnie. Kręci mi się w głowie, widzę rzeczy których nigdy nie widziałem. Czuję się jak nastolatek, to początek czegoś nowego. Słyszę słowa, których nigdy nie słyszałem. Nie wiem czy jestem na to gotowy. (...) Coś się stało, ale nie wiem co. To chyba ten czas w którym się zakochałem. Kochana zatańcz ze mną, ale nie zmieniaj piosenki. Teraz jestem pewny że się zakochałem." 


Pewnie się zastanawiacie o co mi chodzi, co to ma być? Jakieś moje kolejne przemyślenia? Wydarzenie w życiu? Tak, ten tekst pasuje do tego co się wydarzyło przez ostatni miesiąc, ale nie ja go napisałem. Jakiś czas temu dodałem wpis z moim przewidywaniem co do nowej piosenki C-Boola, co prawda tytułu nie trafiłem, ale sens piosenki jak najbardziej. Ten wstęp to właśnie jej słowa. Jak to jest możliwe że ten gość tak wstrzela się w moje życie to ja nie wiem. Na tej imprezie na której miałem być na siłę radosny po dłuższej przerwie spotkałem się z dziewczyną, chwilkę porozmawialiśmy. Ale zanim podszedłem zagadać czekałem na odpowiedni moment. W pewnej chwili mówię "po tej piosence idę i proszę do tańca". Koniec piosenki, robię dwa kroki, zaczynają grać kolejną piosenkę, i wtedy zamarłem. Zagrali TĄ jedną piosenkę która mi się z pewnego powodu (którego tu nie opiszę) kojarzy. Tysiące piosenek, kilka godzin grania, a oni puścili właśnie tą piosenkę, właśnie w tym momencie ["Kochana zatańcz ze mną, ale nie zmieniaj piosenki'"]. To nie może być przypadek. Na drugi dzień nie wiedziałem co się ze mną dzieje, natłok myśli ["słyszę głosy w mojej głowie"], cały czas myślałem o niej ["Nigdy nie czułem się tak dziwnie, kręci mi się w głowie"]. W wolnej chwili znów włączyłem sobie tą piosenkę, i wtedy mnie olśniło ["To chyba ten czas w którym się zakochałem"].


C-Bool znowu trafił w dziesiątkę, teraz gwałcę przycisk do ponownego odtwarzania jego nowego utworu. Jak? Po prostu jak to jest możliwe? Jak tyle różnych zdarzeń od siebie niezależnych składają się w jedną całość? Nie ogarniam jak.


Jak to ze mną jest 2019-09-12

Jak to ze mną jest? Tak, teraz będę próbował opisać samego siebie za pomocą wymyślonych stwierdzeń i krótkich podsumowań.


Jeśli chcę z kimś złapać jakiś kontakt to wiadomo że muszę jakoś ludzi początkowo sklasyfikować. Z dziewczynami na wstępie dzielę na tępe dzidy i normalne dziewczyny. Z tępymi dzidami kontaktu nie łapię z dwóch powodów. Po pierwsze z takimi nie ma o czym rozmawiać czyli po co mi taki kontakt, a po drugie takie tępe dzidy szukają sebiksów którzy polecą na jej ciało/wygląd bo tylko tyle mają do zaoferowania. Wolę mieć kontakt z dziewczynami inteligentnymi, i w zasadzie tylko takie chcą mieć kontakt ze mną. Wnioskuję po tym co mam do zaoferowania z wyglądu i zachowania, a tym co siedzi we mnie, wiedzy, zainteresowaniach itp. Tępe dzidy nie spojrzą nawet na moją lepszą stronę, i dobrze, a inteligentne właśnie tego w człowieku szukają i dzięki temu mam z kim rozmawiać. I tu dochodzimy do sedna, do myśli która wczoraj mi wpadła do głowy. Otóż takie inteligentne dziewczyny nie są na tyle głupie żeby ze mną być. To jest mój problem.


Czasami widzę, celowo szukam lub samo na facebooku wyskakuje, co się dzieje z dziewczynami o których myślałem, zagadywałem, a nawet z którymi kręciłem. Znaczna większość z nich nie jest wolna, przez to widzę jakich mają chłopaków. Moje obserwacje mają ten sam przebieg: najpierw jest odczucie że jestem lepszy , takie "pff, co to za lamus". Potem patrzę na wygląd, no tutaj nie mogę się z nikim równać. Potem się zastanawiam co takiego potrafi zrobić że jest lepszy ode mnie? Niedawno rozmawiałem z koleżanką i temat zszedł na taniec. Mówi mi że jej chłopak w ogóle nie umie tańczyć. To się pytam jak u niego z gotowaniem, a w odpowiedzi słyszę "co najwyżej wodę na herbatę". No to w żartach pytam co w nim takiego jest że się na niego zdecydowała. Odpowiedź mnie zaintrygowała. Gdyby to było coś w stylu "nie można mieć wszystkiego" albo "coś za coś", to niech tam, ale jej odpowiedź to "są rzeczy ważne i ważniejsze". Zbiło mnie to z tropu. Mogę się domyślać o co chodziło, ale naprawdę? Czy w życiu chodzi tylko o jedno? Nie chcę tu wyjść na bufona i nie mam podstaw by sądzić że byłbym lepszy, ale to ma być decydująca sprawa? To samo moja współlokatorka i stwierdzenie że "gdyby miał mniejszego, to by go zostawiła". No kurwa mać, tyle powiem.


Wracając do przeglądania profili dziewczyn którymi się interesowałem, to jest po prostu smutne. A nawet nie tyle smutne co po prostu żałosne. Nie wiem jak to ubrać w słowa, ale jak widzę znajomą która mi chodziła po głowie z jakimś gościem, to aż mnie skręca. Uczucie jakby ktoś dał mokrą szmatą po ryju, tylko że w serce. Niestety z tym uczuciem muszę się mierzyć bardzo często. No i jak mam się przed tym bronić? Wmawiać sobie że w końcu znajdzie się taka która zobaczy co mam do zaoferowania i to będzie to czego szuka? Nie mówię że to niemożliwe, i nawet na to czekam, ale jakie jest na to prawdopodobieństwo? Jako umysł ścisły doskonale zdaję sobie sprawę z tego jak niskie ono jest. Szczególnie jeśli wziąć pod uwagę, że w życiu byłem już czegoś pewny na 95% i wyszło z tego to co zawsze, czyli nic. Tak, tego argumentu z tą liczbą będę używał często. Ale taka jest prawda, nawet 99% to nie 100%, i ten jeden procent zawsze może wystąpić. To już typowo myśl pesymisty, ale tutaj występuje warunek który musi się spełnić żebym zmienił zdanie. Niech się wydarzy coś co sprawi że zmienię to podejście. Kiedyś myślałem, że jest to spotkanie się z kimś, ale jak ostatnio dość często spotykam się ze świetną dziewczyną (często czyli jak na mnie raz na miesiąc), i nic z tego nie wynika, to chcę więcej i więcej. Tak naprawdę to nie wiem czego oczekuję, jakie zdarzenie wpłynie na moje myśli. Piszę to na bieżąco bez scenariusza, zatem jesteście świadkami mojej walki myśli. Co się musi wydarzyć żebym w końcu pomyślał "teraz jestem szczęśliwy"? Chwilowe sytuacje potrafią tak na mnie wpłynąć, ale ja nie szukam pocieszenia na 2 minuty tylko na dłuższy czas.


Jeszcze krótki opis tego co czułem po dzisiejszym spotkaniu. Tak, widziałem się dziś ze znajomą (to wcześniej wspomniane raz na miesiąc). Jak zaczęła mi opowiadać co się u niej działo przez ostatni miesiąc, kogo poznała, co się wydarzyło, gdzie była, to mnie po prostu zatkało, zgasiło mnie na wstępie. To jest niesamowite jak dużo można przeżyć w miesiąc, ile może się przez ten czas wydarzyć. Ale serio, tylu spraw ja nie przeżyłem przez ostatni rok. Była tu, spotkała się z tym, zrobiła to. Kurwa, ja co najwyżej mogę opowiedzieć historię jak byłem w polu. To jest dramat. D powiedziała mi że mam dużo zainteresowań, a gdzie mi z tym do tej dzisiaj, wsiedliśmy do jej samochodu (bo ciemno i zimno się zrobiło) i zaczęła mi puszczać piosenki. "Ta jest dobra, albo ta, zobacz tą, albo patrz na tą". Przy niej zawsze czuje się jak idiota. Od dawna wiem że to nie moja liga, ale i tak lubię z nią rozmawiać, w końcu w życiu nie chodzi tylko o jedno, i z tą myślą was zostawię.


Kruchość życia 2019-09-04

Podejmuję drugą próbę odtworzenia zaginionego wpisu. Emocje już nie te, ale to może i dobrze, w końcu spojrzę na ostatnią kwestię po kilku dniach, a nie na drugi dzień.


Nie wiemy co się wydarzy za 30 lat. Nie wiemy co będzie za 10 lat, za rok, za tydzień. Nawet jutra nie możemy być pewni. I nie chodzi mi tylko o to co będziemy jutro czuć, tylko nawet czy będziemy czuć cokolwiek. Wydaje mi się że w tym wieku mało kto myśli o kruchości życia człowieka. Osoby które nagle straciły kogoś bliskiego na pewno miały takie myśli, ale ludzie którzy tego nie doświadczyli raczej nie zastanawiają się nad tym. Co trochę słyszy się historie w których facet szedł do sklepu i na przejściu dla pieszych zabił go samochód. "Ale przecież takie rzeczy dzieją się tylko w telewizji albo komuś innemu". No właśnie nie. Nigdy nie wiemy kiedy to my, albo ktoś z naszych najbliższych będzie tym "kimś innym".


Mam takie szczęście, że jeszcze nie przeżywałem śmierci kogoś z najbliższej rodziny. No poza prababcią i dziadkiem, ale wtedy miałem 5 lat i nie rozumiałem wszystkiego co się dzieje. Nie rozumiałem, ale jednak to i tak musiało być mocne przeżycie skoro do tej pory pamiętam otwartą trumnę. O ile tp były naturalne przyczyny, tak najgorsze są te niespodziewane przyczyny. Dość mocnym ciosem była dla mnie śmierć 13-letniego chłopaka z mojej wsi. Wypadek przy pracy. Był młodszy ode mnie, przez co kontaktu za bardzo nie mieliśmy, ale to i tak wystarczyło by mną wstrząsnąć. W końcu widywaliśmy się codziennie w autobusie do szkoły. 13 lat i już go nie ma. To jest przerażające jak łatwo stracić życie. To równie dobrze mógł być ktokolwiek inny. W jednej chwili można stracić kogokolwiek i powinniśmy o tym pamiętać cały czas, a nie tylko jak coś takiego się stanie.


Tak samo jak nasz przyjaciel rodziny, czy to nawet jakaś dalsza rodzina, to bez znaczenia. Został chrzestnym mojej siostry. Był budowlańcem, świetnym fachowcem. Kilka lat temu robił nam remont pokoju, miesiąc potem poszedł do lekarza z bólem brzucha. Tydzień później był jego pogrzeb. Rak trzustki z przerzutami, wykryty w zaawansowanym stadium, zero szans. To się nie mieści w głowie że tak szybko życie rodziny może się zmienić w takim stopniu. Nasze życie może się skończyć w każdej chwili.


Ostatnim przykładem z mojego życia był wypadek chłopaka z równoległej klasy w liceum. Mała wieś, wąska droga, a on jechał (raczej zapierdalał) 160 km/h. Przy tej prędkości nie miał szans. Nigdy za nim nie przepadałem, ale to nie ma tu znaczenia, znaczenie ma sposób w jaki zginął. Cieszę się że był jedyną ofiarą, cieszę się że swoją głupotą nie zabrał na tamten świat kogoś jeszcze. O ile we wcześniej opisanych przypadkach byłem zdruzgotany, pogrążony w smutku i w myślach o życiu, tak w tym przypadku przyjąłem to obojętne. Nie chcę mówić że dobrze mu tak, nie, ale sam jest sobie winien. Wypadek przy pracy, choroba - tego najczęściej nie da się uniknąć, ale zapierdalania z taką prędkością w takim miejscu owszem.


Bardziej od śmierci tego chłopaka potrafiłem przeżywać śmierć sportowców. Kilka miesięcy temu wypadek piłkarza Jose Antonio Reyesa miał takie samo podłoże jak poprzedni przykład - prędkość w samochodzie, czyli dla mnie głupota. Śmierć Davide Astoriego, kapitana Fiorentiny, potrafiła mnie poruszyć. To była nagłe, niespodziewane. Coś takiego jest najgorzej przyjąć. Może to tylko gość który kopał piłkę we Włoszech, ale to się mogło stać każdemu. Miał jakieś 30 lat, a ilu znamy dorosłych facetów po trzydziestce? To mógł być ktokolwiek inny, i to właśnie to najbardziej mną wstrząsnęło.


To były przypadki naturalne, mogące spotkać każdego z nas. Jednak nawet śmierć nieszablonowa, taka która nas nie dotknie i tak potrafi człowieka rozstroić psychicznie. Chcę tu napisać o kibicowskim podejściu, o dwóch kierowcach którzy stracili życie robiąc to co kochali - ścigając się. Pomimo zabezpieczeń jakie mają współczesne samochody wyścigowe nadal dochodzi do tragedii. Rzadko, ale się zdarzają. Pierwszy z nich to rok 2015 i śmierć Julesa Bianchiego. Wypadek miał miejsce w październiku 2014, a zmarł 17 lipca 2015. Samochód numer 17, zmarł 17 lipca - to m.in. przez to nienawidzę liczby 17. Od wypadku minęło trochę czasu, dlatego każdy spodziewał się najgorszego. Pamiętam że tego dnia przyjąłem to nawet nieźle, chociaż i tak mnie to ruszyło. Dopiero po kilku dniach, gdy pewien kanał na YT o F1 dodał filmik na jego cześć, po prostu się rozkleiłem. Poszedłem do łazienki i łkałem kilka minut. Niby gość znany mi tylko z telewizji, ale jednak rozbiło mnie to. Chociaż to może być wina tego filmiku, ta muzyka, ujęcia, to zakończenie. Za każdy razem jak to oglądam to płaczę. Teraz znów go obejrzę, popłaczę trochę i piszę ostatnią część. Nawet rzucę linkiem: https://www.youtube.com/watch?v=DgmoKUXX7pg


W poprzedni weekend miał miejsce wyścig na torze w Spa. Oglądam wszystkie serie Formuły, od F3 do F1, interesuje się tym i śledzę dość dokładnie. Na szczęście (lub nie) sobotniego wyścigu nie oglądałem. Na drugim okrążeniu Alesi wyleciał z toru, Hubert próbował go ominąć, wpadł w poślizg, uderzył w bandę, samochód odbił się od bandy w wrócił na tor prosto pod koła Correi. Po lekko ponad godzinie oficjalny komunikat - Anthoine Hubert zginął. Obserwowałem go od początku sezonu, cieszyłem się z jego wygranych w Monako i we Francji, patrzyłem na podium z uśmiechem że poznałem się na jego talencie. Chłopak w moim wieku, robił to co kochał, i tak tragicznie skończył. Rozmontowało mi to cały dzień, czułem się zmieszany tym wszystkim. To nikt bliski, nikt znajomy, a jednak nasilił myśli o kruchości ludzkiego życia.


Nigdy nie wiemy jak każdego dnia jesteśmy blisko swojego końca, może to być jutro, może to być za 60 lat. Nigdy tego nie wiemy. Dlatego trzeba żyć dalej, ale trzeba pamiętać że jutra może już nie być.


Zaginiona notka 2019-09-01

Właśnie napisałem długi i bardzo emocjonalny wpis na temat kruchości życia, zawarłem w nim przykłady z mojego życia, jak również przykłady sportowe. Zajęło mi to dużo czasu, ale przez problemy z internetem przy próbie publikacji tekst zniknął. No nic, nie będę drugi raz tego pisał. Wylałem na papier to co czuję bo o to chodzi w tym blogu, ale niestety tego nie przeczytacie. Wielka szkoda, był taki interesujący że chętnie bym komuś podesłał ten tekst.


Pewne przewidywanie 2019-08-27

Jakiś czas temu, to było chyba w gimnazjum, udało mi się 3 lekcje z rzędu zgadnąć kto pójdzie do tablicy do odpowiedzi. Potem nawet byłem pytany przez resztę kto następny, ale zadowoliłem się tą serią (i dobrze bo kolejny strzał byłby nieudany xd). Wtedy zapoczątkowałem tekst, teraz bym powiedział "hasztag" - Wróżbita [tu pewna forma mojego imienia]. Czas na chwilę wrócić do tej formy i coś spróbuję przewidzieć.


Chyba jeszcze tego nie pisałem, ale piosenki C-Boola mają na mnie pewien wpływ. Niektórych nie dopasowałem do niczego, inne trochę naciągając podporządkowałem do wydarzeń lub osób, niektóre potrafiłem dopasować pod wydarzenia z mojego życia, a te wyjątkowe pojawiły się w idealnym momencie i od razu poczułem że są o mnie. Przykładem tych naciąganych jest "Do you know". Dopasowane pod siebie to np. "Magic symphony". A te idealne, te które od razu poczułem to "Never go away", "Wonderland" i "Catch me".


Dlaczego o tym mówię? Na dzień dzisiejszy nie widziałem żadnych informacji ani wzmianek o nowej piosence i spróbuję przewidzieć o czym będzie. Tytuł może brzmieć "Back to me", "Comeback" albo coś w tym stylu. A piosenka będzie właśnie o jakimś powrocie, może do osoby, może do jakiegoś miejsca, albo będzie to dowolna interpretacja do czego.


Myślę że tak będzie na podstawie mojej obecnej sytuacji. Lubię doszukiwać się zależności w tym co się dzieje, dlatego taka piosenka może mi powiedzieć co dalej mam robić. Ciekawe czy tak się stanie.


Wyniki testu 2019-08-27

Jak wypadł mój test polegający na wmówieniu sobie że będę dobrze się bawił? Jednoznacznej odpowiedzi nie znam. Lubię doszukiwać się spisków i przypadków w moim życiu, ale i tym razem nie jestem w stanie wytłumaczyć tego co się stało.


Zaczęło się dzień przed, kiedy to koleżanka się pytała od której będę. W rzeczonym dniu dopytywała się gzie jestem i kazała streszczać. Spodziewałem się chwili pogadania i tyle, a wyszło że spędziliśmy kilka godzin na miejscu, jak również przejeżdżając się - zatem powyżej oczekiwań. Była też prawie cała nasza ekipa, porozmawialiśmy, popiliśmy - tego też się nie spodziewałem. Spotkałem jeszcze inną koleżankę, co prawda na taniec nie udało się namówić, ale też nie udawała że mnie nie zna przy swoim chłopaku i grupie znajomych - tutaj chyba pewien niedosyt. Spotkałem też koleżankę z gimnazjum, dość długo porozmawialiśmy i czułem że nie robi tego na siłę, to dobry znak. Mojej P nie widziałem.


Ale była też ona. Osoba o której pisałem w nie najlepszych słowach. Można by powiedzieć że poznaliśmy się dokładnie na tej samej imprezie 5 lat temu, a teraz rozmawialiśmy pierwszy raz po przerwie. Co prawda chwilę, ale zawsze. Zanim podszedłem, zespół na scenie zagrał piosenkę z którą mi się ona kojarzy, stwierdziłem że to znak bo dosłownie w trakcie poprzedniej piosenki nadarzyła się okazja do rozmowy. Jak tylko się skończyła podszedłem. Entuzjazmu nie wyczułem, ale niechęci też nie. Było ok, nic więcej. Tylko szkoda że od tamtej chwili ta piosenka nie może mi wypaść z głowy i torturuje się słuchając jej w kółko i myśląc o niej - ale taki zjebany już jestem dlatego nawet z tym nie walczę.


Zatem zabawa była świetna, poza tym że dziewczyny nie chciały za bardzo tańczyć haha. Dużo kontaktu z ludźmi, dużo pozytywnych emocji. Nawiązując do testu, te pozytywne emocje nie były wymuszone, ale nastawienie chyba pomogło. Czy jest dobrze ze mną? Gdyby nie to że uwielbiam zadręczać się myślami o dziewczynach u których nie mam szans (czyli o wszystkich) i gdyby nie to że znowu znalazłem sobie taki cel to byłoby genialnie. Ale jak to mówią dzidowcy: "Czas zapieprza, świat się zmienia, ciągle ten sam ból istnienia, ból przegrywów wciąż rozpędza karuzelę spierdolenia". 


Na siłę 2019-08-24

A co jeśli człowiek nie jest szczęśliwy ze względu na dobre wydarzenia, tylko wydarzenia są dobre bo człowiek jest szczęśliwy? To skąd wziąć to szczęście? Sprawdzę jutro pewną metodę.


Jutro jest zabawa w niedalekiej miejscowości. Coś jak festyn czy dożynki, "wiejski spęd i disco polo" jak to powiedziała mi znajoma. Na podobnej zabawie było mi chujowo, czułem się fatalnie bo nie wiem czego oczekiwałem. Teraz spróbuję czegoś nowego. Wmówię sobie że jestem zadowolony ze wszystkiego, tak zupełnie na siłę. Niczego nie oczekuję, chcę po prostu mam być radosny.


Przed startem GP Japonii w 1990, Ayrton Senna powiedział coś, co będzie moją myślą przewodnią jutrzejszego dnia, a może nawet dłużej. Powiedział on coś takiego: "Zbyt wiele razy byłem jebany przez system. Rano powiedziałem sobie: dziś nie ma opcji, dziś musi być po mojemu".


Właśnie tak, wmówię sobie że jest dobrze i może będzie dobrze. To zupełnie bez sensu, wiem, ale robię zbyt dużo bezsensownych rzeczy żeby się tym przejmować. Pomimo tych założeń jutro zapowiada się ciekawie, ale nie chcę myśleć bo za dużo rozmyślam, próbuję analizować i przewidywać co któraś ma na myśli. Ale to bez sensu, kobiet się nie zrozumie. Wielu próbowało, to gdzie mi się uda. To niestety moja wada: wszystko chcę wiedzieć, ale już o tym pisałem.


Zatem jutro będę radosny. Na siłę.


Gorszy 2019-08-08

Chciałem dziś coś napisać, wspomagacz użyty, czas jest, myśli są. Ale mam tyle myśli że nie wiem o czym mógłbym pisać. Po prostu moje życie jest tak żałosne i tak bezsensowne że nawet nie wiem jak bym chciał to dziś uzasadniać. Z nikim się nie widuję bo nie umiem, a nie umiem bo z nikim się nie widuję. Spirala spierdolenia, to właśnie jest moje życie. Nie widzę szans na poprawę, bo musiało by się coś zmienić, ale jak ma się coś zmienić skoro nikt mnie nie traktuje poważnie. Nawet rodzice. O proszę, już wiem o czym dziś napiszę. No to jedziemy.


W domu czuję się jak gówno, dosłownie. Nawet po całodniowym zapierdalaniu, przy zwykłej, wydawało by się niewinnej rozmowie o piciu w ciągu, dnia rodzice potrafią się przyczepić o mój czas spędzony przed konsolą. Kurwa, jak mam trochę wolnego to chcę odpocząć tak jak chce, ale nawet tego nie mogę zrobić. I to nawet dziś. Tyle rzeczy zrobiłem, i co z tego? Słowa pochwały nawet nie usłyszę, tylko cały czas dopierdalanie się o mój czas wolny. Ale dobra, tego się nie zmieni. A dlaczego tak jest? Przez porównania. Dużo w życiu straciłem przez próby dorównania starszej siostrze, nie chciałem być tym gorszym, chciałem pokazać że ja też coś potrafię. I co z tego mam? A chociażby rok w plecy przez podjęcie zbyt ambitnych studiów. Ależ przez to miałem zgrzyty w domu. Oczywiście nigdy nie wyznałem im dlaczego taki był mój pierwszy wybór i nigdy tego nie zrobię. Niestety za późno zorientowałem się że głupio jest próbować na siłę pokazać komuś że jest się lepszym niż jeszcze ktoś inny. Ale spokojnie, tu nie ma pozytywnego myślenia. Po prostu zrozumiałem że zawsze będę tym gorszym. Czego bym nie zrobił, czego bym w życiu nie osiągnął. Nie mam szans.


Czynników jest wiele, ale tym który odczuwam najmocniej to domniemana zewnętrzna dojrzałość. Już tłumaczę co mam na myśli. Otóż siostra ma chłopaka już od 8 lat, a że jest starsza tylko o 2 lata ode mnie, to zrozumiałym jest że ja też już powinienem kogoś mieć. Przynajmniej 6 lat, żeby być tym lepszym. A tak sprawy się potoczyły że jestem spierdoliną i nikt mnie nie chce. Nigdy nie przyprowadziłem do domu dziewczyny. Czyli co, chłop w tym wieku i dziewczyny nam nie przedstawił? Nigdzie nie wychodzi? Z nikim się nie spotyka? Bo tylko siedzi i gra. No tak najłatwiej to wytłumaczyć. Tak, właśnie przez to najbardziej czuję się gnojony w domu. Gnojony. Czego bym nie zrobił to wszytko jest źle, co najwyżej jest dobrze zrobione to nie ma się o czego przyczepić. Żadnych pochwał, żadnego wsparcia.


Nie jest tak. Naprawdę chciałbym uwierzyć w to że tak nie jest, ale nie mam powodów. Chciałbym uwierzyć że naprawdę jestem co najwyżej równorzędnym dzieckiem, ale nie widzę w zachowaniu rodziców niczego co miałoby zmienić moje podejście do sprawy. Wsparcia muszę szukać zewnątrz, i na szczęście takie mam, tutaj nie mogę narzekać. Przyjaciółki, koleżanki z którymi zawszę mogę porozmawiać. Ale i tak podstawą jest rodzina, to przecież z nimi widuję się najwięcej. Tutaj doszukuję się podstaw mojej niskiej samooceny. Każdy chce być doceniany przez innych, ale jak mam docenić samego siebie skoro nawet rodzice tego nie robią.


Jak w transie 2019-08-08

Grasz sobie w Formułę 1. Dochodzisz do decydującej, trzeciej części kwalifikacji. Wyjeżdżasz na pierwsze okrążenie, robisz błąd w jednym zakręcie, za późno zahamowałeś i lekko zblokowałeś koła. No nic, zjeżdżasz do boksów. Patrzysz w laptopa na telemetrię przejazdu twojego kolegi z zespołu i na twój przejazd. Szybka analiza w głowie co i gdzie trzeba poprawić. Pełne skupienie. 2 minuty do zakończenia kwalifikacji, wszyscy już wyjechali z garażów. Ostatnie spojrzenie na poziom paliwa i na dobór opon Wyjeżdżasz na tzw. okrążenie wyjazdowe. Każdy zakręt jedziesz wolniej, ale w głowie wizualizujesz sobie przejazd na następnym, szybkim okrążeniu. Już słyszysz jakie dźwięki wyda silnik, dźwięk jest niezwykle ważny. Dohamowanie tuż za setnym metrem, najpierw mocno potem delikatnie odpuszczać. Zaraz przed wierzchołkiem zdjąć nogę z hamulca, skręcić, a tuż za wierzchołkiem dodać gazu. Jeśli zmieszczę się przed tarką to będzie można dać gaz w podłogę, gwałtownie, tył nie ucieknie. I tak każdy kolejny zakręt. Wjeżdżasz w ostatni sektor. Szybkie ruchy kierownicą w prawo i w lewo żeby dogrzać opony. Przedostatni zakręt, zaraz po wyjściu przestawiasz dawkę paliwa na MAX, system ERS ustawiasz tryb kwalifikacyjny. Dojeżdżasz do ostatniego zakrętu, nie obchodzi cię ani wejście ani środek zakrętu, myślisz tylko o jak najszybszym wyjściu z niego. Jesteś na prostej startowej, zaraz zaczyna się zabawa. To decydujący przejazd, od tego zależy pozycja startowa i pokaźny zastrzyk punktów rozwoju samochodu. Nie jesteś w pokoju przed konsolą, tylko siedzisz w samochodzie na torze. Nie dociera do ciebie żaden zewnętrzny bodziec. Po wyjściu z ostatniego zakrętu uruchamiasz DRS. Mijasz linię startu, czas zaczyna płynąć. Pełne skupienie. W oddali widzisz pierwszy zakręt, w głowie już go przejechałeś, wiesz co trzeba zrobić: dohamowanie równo z początkiem tarki, potem ostro ciąć wierzchołek i wyjście szerokie na ile tylko pozwala tor. Zbliża się hamowanie, wsłuchujesz się w silnik. Pierwsze hamowanie za dwieście metrów. Sto pięćdziesiąt metrów. Sto metrów. Już noga na hamulcu świerzbi żeby zahamować...


I w tym momencie w pokoju obok mama włącza odkurzacz...


Za krokiem krok 2019-07-30

Słucham różnej muzyki, lubię disco-polo jak również mocniejsze brzmienia. Oczywiście nie da się słuchać wszystkiego z gatunków. Nie trawię za to polskiego rapu i reggae. Głównie ze względu na słabe, dla mnie oczywiście, teksty. Rapu chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego: sebiksy, ćpanie, chlanie, jaranie. Reggae z kolei uderza we mnie inaczej: pozytywnie myślenie, miłość, radość. Nie potrafię się z tym utożsamić dlatego się od tego odciąłem. Nie mówię że są złe, tylko że to nie dla mnie.


Ale dlaczego o tym mówię. Otóż mam kilka takich piosenek, o których nikt nie wie że je lubię, a nawet znam teksty na pamięć. Większości tych wszystkich nowych piosenkarek od siedmiu boleści nie lubię, no i teoretycznie nie pasują do mnie ich piosenki. Mam jednak kilka piosenek z którymi w pewien sposób się utożsamiam. Nie, nie będę tu zdradzał kto śpiewa i jakie piosenki, ale chciałem dziś jedną z nich przytoczyć i się odnieść do tekstu. Nie jest to moja ulubiona ani piosenka ani piosenkarka, ale mówię o niej teraz bo w sumie całkiem niedawno ją usłyszałem, wgłębiłem się w tekst i polubiłem. Nie słucham często radia ani niczego innego, dlatego nowości trafiają do mnie z opóźnieniem.


Co to za piosenka pomyślicie? Na pewno nikt tak nie pomyślał bo nikt na poważnie nie czyta moich wypocin. Jest to nowa (w sumie nie wiem jak nowa, na youtube wrzucona jest 24 maja) piosenka Cleo - krok za krokiem. Wpada w ucho, nie ma zjebanego tekstu, czyli taka sobie, ale jednak przykuła moją uwagę. W społeczeństwie utarło się że to facet musi wychodzić z inicjatywą, starać się, wymyślać, prowadzić cały proces od poznania się do związku. Ale dlaczego tak ma być? Jak ktoś o kimś można powiedzieć że "fajny z ciebie facet, ale ikry brak" to od razu znaczy że się do niczego nie nadaje? Czy to, że nie potrafi, wstydzi się, lub cokolwiek innego go blokuje przed zagadaniem do dziewczyny od razu musi oznaczać że będzie słabym partnerem? Nie muszę odpowiadać na to pytanie. Dlaczego obecnie utarło się właśnie takie podejście dziewczyn? Przez konkurencję. Jest tylu gości do poznania, że nie da się każdego poznać. To jak takich typów segregować? Przez pierwsze wrażenie. Tak to już jest. A jak to dziewczynie podoba się chłopak? Dlaczego społeczeństwo nie może się nastawić że "czasami lepiej jest gdy kobieta przejmie ster"? Zabrzmię teraz jak typowy przegryw, ale olewam to, mówię co myślę. A myślę że wielu fantastycznych gości zostało z góry olanych przez dziewczyny tylko i wyłącznie z "braku ikry". I zamiast pomyśleć że "chyba muszę ja złapać cię za frak", to czekały na typa który wykazał tą inicjatywę, i to im zaimponowało. A potem się okazało że typ traktuje je przedmiotowo i tyle z tego jest. No ale hej, przecież "łobuz kocha najbardziej", nie?


Strach przed zagadaniem to nie tylko wstydzenie się o jej reakcję. Na to składa się wiele czynników. Podstawą jest tu pewność siebie. Nie wiem jak można to wyczuć tylko pisząc na FB. Podczas spotkania co innego, ale dopiero starając się na nie umówić? Tego nie rozumiem. Nie mówię że to nie możliwe, tylko że nie rozumiem. Ciężko jest też zagadać jak cały czas jest otaczana przez koleżanki. Można też się bać z poprzednich doświadczeń: "skoro 5 poprzednich odmówiło, to dlaczego ta ma się zgodzić?". To tylko pogrąża gościa.


Jak z tego wyjść? Jak pomimo swojej ostrożności i strachu przed wszystkim "ogarnąć temat"? Myślę, że dla takich spierdolin jak ja to trzeba czekać na cud. Tutaj medycyna jest bezradna, psychologia nie wiem (mam nadzieję że niedługo się przekonam na ile może pomóc). Czyli co mi zostało? Nie, nie zostało mi "pierdolnąć whisky" jak trenerowi Probierzowi, tylko zostało mi zupełnie się zmienić w strefie fizycznej i mentalnej, lub oczekiwać cudu. To pierwsze się raczej nie wydarzy, a cud? No cóż, skoro Robert Kubica w chujowym jak ja Williamsie cudem zdobył punkt w GP Niemiec, to dlaczego ja miałbym nie trafić na dziewczynę która przed skreśleniem najpierw mnie lepiej pozna? Życie to nie F1, ale bez dobrego samochodu (wyglądu, pierwszego wrażenie), nie ma czego szukać w tym sporcie (życiu). No chyba że się lepiej poza potencjalnego partnera (Hamilton i Mercedes w 2012 roku). Zatem czekam ca cud.


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]